Koniec końców – czyli podsumowanie zakończonych serii sezonu jesiennego.

Witam serdecznie w roku 2013! Mam nadzieję, że sylwester był udany i wszyscy jakoś mniej lub bardziej w jednym kawałku dotarliście do domu. Studenci na szczęście jeszcze 2.01. mają wolny, a mi nawet udało się pociągnąć przerwę świąteczną, aż do 7.01. Dlatego też korzystając, prawdopodobnie, z ostatnich wolnych dni przed sesją, przesyłam notkę z podsumowaniem zakończonych serii jesiennych. Enjoy!

1.  Sukitte Ii na yo.

Sukiite Zakończenie miało szansę podnieść moją ocenę dla tego anime. Niestety, nie dość, że z tej szansy nie skorzystało, to jeszcze udało mu się sprawić, że zaczęłam zastanawiać się jak ja dałam radę przetrwać te 13 odcinków? Co to w ogóle było? Końcówka 12 odcinka spokojnie mogła robić za zakończenie, na co komu były rozterki Mei i bieganie Yamato po całym mieście? Chyba nigdy nie będzie dane mi zrozumieć. Podsumowując, gdybym miała rozpatrywać ten tytuł w kategoriach parodia czy komedia, dostałby ode mnie 7/10. Zabawa była przednia, tak rozdmuchanych problemów nie wdziałam dawno i nic nie umiem na to poradzić, że branie tego wszystko na poważnie było ponad moje siły. Niestety, ocenę muszę wystawić za spełnienie kryteriów, w których to anime było wykonane, czyli romans, dramat, szkolne życie… i na tej płaszczyźnie jest gorzej niż gorzej. Owszem, romans był, ale sztuczny, sztywny i kompletnie nierealistyczny; dramat także zaznaczył dość znacząco swoją obecność – do teraz się dziwię, że Mei nie popełniła na końcu samobójstwa, albo że razem z Yamato tego nie zrobili, przynajmniej wtedy cały ten patos i dramat, który wylewał się z ekranu przez 3/4 serii miałby jakieś sensowne zakończenie i wytłumaczenie. Nie mogłabym zapomnieć o dialogach, których najlepszy pokaz był w bodajże 9 odcinku, kiedy to tematem głównym i jednym, była naprawiona bransoletka Mei. Yamato i jego popis elokwencji, wprawiły mnie najpierw w niedowierzanie, czy ja aby na pewno mam wszystko ok ze słuchawkami/odtwarzaczem/komputerem, zaś potem przerodziło się to w niekontrolowany śmiech, kiedy Yamato tylko otwierał usta. Serdecznie dziękuję twórcom za wprawienie mnie w dobry humor i apeluje, aby się więcej za ekranizację romansów nie brali.
Ocena końcowa: 3/10

2. Btooom

btoomTę serię mogę spokojnie nazwać solidną. Od początku do końca trzymała dobry poziom. Z jednej strony żałuję, iż dostaliśmy tylko 12 odcinków, jednak z drugiej mało i dobrze sprawdza się lepiej niż dużo i kiepsko. Liczę bardzo na drugą serię, szczególnie po zakończeniu, które jednoznacznie wskazało, iż kontynuacja jest konieczna. Może być to OAV, special lub cała seria II, jednak nie wybaczę, jeśli Btooom! jakiekolwiek kontynuacji nie dostanie. Co mi się w Btooom! podobało? Przede wszystkim złożoność psychiki bohaterów. Himiko, Sakamoto, Taira-san, a także bohaterowie drugoplanowi, wszyscy zostali obdarzeni charakterem, osobowością i umiejętnością podejmowania wyborów. Jest to dość niesamowite, szczególnie, gdy ostatnio anime zalewa fala bezmózgich postaci, dla których choćby przebłysk myślenia jest tak wielkim wysiłkiem, że bezsensu go w ogóle podejmować. Zachowania ludzi w obliczu zagrożenia nie mają nic wspólnego z racjonalnością, dlatego łatwo przesadzić prezentując je na ekranie. Btooom! na szczęście w skrajność nie popadło, dlatego całość dobrze się prezentuje, chociaż nawet tutaj zdarzają się sytuacje i wydarzenia zakrawające o cud. Weźmy chociażby Sakamoto, który został obdarzony nadludzkim szczęściem i mimo, iż było kilka sytuacji, z których żywy wyjść nie powinien, zawsze jakoś mu się to udawało. Ostatecznie warto jednak poświęcić tej serii trochę czasu. Dla bohaterów, wartkiej akcji, bardzo dobrej grafiki i dla całokształtu, gdyż zrobić z oklepanego motywu coś godnego uwagi, zasługuje na zauważenie i docenienie.
Ocena końcowa: 8/10

3. Kamisama Hajimemashita

Kamisama HajimemashitaOd początku do samiuteńkiego końca czysta komedia romantyczna. Nic więcej i nic mniej. Każdy wiedział jak to się skończy i na pewno nikomu nie przeszkadzało, gdy zakończenie nie wysiliło się na nic odkrywczego. Dlaczego seria ma udawać coś czym nie jest? Skoro dostajemy tagi romans i komedia, nikt nie oczekuje tam dramatów głębokości rowu Mariańskiego, albo akcji i widowiskowych bitew. Właśnie za taką konsekwentność bardzo sobie ten tytuł cenię. Ponadto kiedy już dostajemy coś co faktycznie lekkim romans przypomina, często naiwność i bezmyślność głównej bohaterki odbiera całą radość z seansu. Chwała Bogu, za to, iż Nanami oparła się tej pladze. Owszem, może sprytem nie grzeszy i często pakuje się w tarapaty, jednak kiedy trzeba potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. Tomoe zaś to typowy bohater shoujo. Taki zimny, niedostępny, obojętny i… kochany, że nie da się go nie lubić. Postacie drugoplanowe również mają w sobie to coś i wnoszą do serii wiele zabawnych momentów. Co tu więcej mówić… oto tytuł, który nie sili się na oryginalność i sporo na tym zyskuje.
Ocena końcowa: 8/10

4. Tonari no Kaibutsu-kun

Tonari-no-Kaibutsu-kunIdealny przykład, że otwarte zakończenie potrafi negatywnie wpłynąć na odbiór całej serii. Nie rozumiem, jak można tak nijako podsumować wydarzenia, nie wiem nawet czy słowo ‚podsumować’ nie jest tu przesadą. 13 odcinek – końcowy? – to po prostu kolejny epizod z serii. Nic nie wskazuje na to, że to on kończy serię, poza faktem, że… nic więcej już nie ma. Całe perypetie Shizuku i Haru zapowiadały niezłą rozrywkę, a potraktowanie romansu z przymrużeniem oka, dawało nadzieję na coś nowego, odkrywczego i interesującego. Wszystko fajnie, tylko że… jakoś cały sens zgubił się w trakcie serii. Ostatnie 4-5 odcinków polegało na dialogach typu: „- Kocham cię!  – Ale ja ciebie już nie.” 10 minut później „- Jednak cię kocham! – Daj mi teraz to wszystko przemyśleć.” za kolejne 10 minut zaczynamy od początku. To się chyba nazywa zmarnowany potencjał. Ostatecznie bardziej ciekawi mnie jak potoczyłby się wątek Natsume niż głównej pary. Sama nie zauważyłam kiedy losy Sasayana, Natsume i Yamakena, stały się dla mnie lepszą rozrywką niż perypetie Shizuku i Haru, a dodając fakt, iż nie ma zakończenia, kompletnie nie wiem jak to anime ocenić. Podsumowując, dostajemy 13 odcinków – wesołych, niekonwencjonalnych, które gdzieś po drodze straciły pierwotne założenia, jednak bohaterowie drugoplanowi jakoś sens ogólny uratowali. Czy polecam? Pokuszę się o odpowiedź twierdzącą, jednak to od widza zależy czy nie porzuci tej serii gdzieś w połowie.
Ocena końcowa: 6-/10

5. Chuunibyou demo Koi ga Shitai!

chuunibyou_demo_koi_ga_shitaiCzy z przedniej komedii da się zrobić dramat? Jak widać tak. Jednak, czy da się to przełknąć? Chuunibyo pokazuje, że nawet takie danie da się strawić. Pierwsze 6 odcinków to komedia w najlepszym wydaniu, śmieszne gagi, przezabawne postacie, całość mimo braku jakiś poważniejszych wydarzeń ma logiczny sens i nadaje się do polecenia każdemu. To co twórcy przewidzieli na kolejne 6 odcinków całkowicie zmienia wydźwięk serii i nawet te komediowe wstawki, tracą na znaczeniu. Na pierwszy plan wychodzi dramat, rozterki bohaterów, zmierzenie się z rzeczywistością i romans. Jednak warto zauważyć, iż mimo tak drastycznej zmiany, seria nadal nadaje się do oglądania. Może faktycznie trochę za dużo dramatu w dramacie, ale wydarzenia ciągle nie przekraczają granicy niemożliwości i wszystko mieści się w jakimś poczuciu sensu. Tytuł ten koniec końców okazał się bardziej romansem psychologicznym niż szkolną komedią. Ucieczka przed problemami w wyimaginowany świat i próby zmierzenia się z samym sobą, to tylko przykłady kwestii, które zostaną poruszone. Prawdopodobnie, nie wszystkim ten tytuł przypadnie do gustu, ale radzę dać szansę, aby przekonać się, że nie wszystko jest tym na co wygląda i nawet komedia, może być podstawą do czegoś dużo głębszego.
Ocena końcowa: 8/10

Reklamy

4 thoughts on “Koniec końców – czyli podsumowanie zakończonych serii sezonu jesiennego.

  1. Miras pisze:

    Widzę, że nie tylko mnie perypetie postaci drugoplanowych bardziej przyciągnęły do „Tonari…” niż wątek głównej pary. O ile Shizuku w zasadzie zawsze wydawała mi się interesującą postacią to jakoś kreacji Haru nigdy nie mogłem rozgryźć. Zgodzę się z tobą, że seria miała ogromny potencjał, który został niewykorzystany – taki już smutny los wielu robionych na szybko „adaptacji” tasiemcowych mang.

    „Chuunibyo” było zdecydowanie lepszą serią. Osobiście odebrałem serię bardziej jako komedię, do której wątek dramatyczny był tylko małym dodatkiem, ale nie odmówię serii małej dawki mądrości, której kwintesencją była kwestia wypowiedziana przez jedną z bohaterek w ostatnim odcinku:
    Można mieć różne wyobrażenia na temat tego co to znaczy „być normalnym”, ale każdy ma swoje własne dziwactwa, swoje „Chuunibyo”.

  2. Lin pisze:

    Jak tak patrzę na Twoje podsumowanie, to faktycznie, jak na dłoni widać, że sezon jesienny obrodził w romanse bardzo intensywnie ;)

    Co do „Sukitte…” podpisuję się pod Twoją opinią obiema rękoma – wciąż wzbieram się w sobie, by popełnić pełną recenzję tego tytułu, ale nie wiem, czy mam w swoim zasobniku aż tyle synonimów słowa „miernota”, by odpowiednio oddać klimat tej historii :D Zakończenie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Właściwie to po nawet zgrabnie, jak na możliwości tej serii, zakończonym odcinku 12. w ogóle chciałam seans zamknąć – byłam przekonana, że na MALu wkradł się błąd z tym 13. odcinkiem. Dopiero na koniec, w miejscu gdzie zawsze ta karykaturka Mei gada coś do swojego kotka, padło hasło w stylu „To jeszcze nie koniec, bo o zgrozo! Yamato zachował, a Mei biegnie na ratunek”. No i obejrzałam ten finał, ale czegoś tak groteskowego nie widziałam już dawno :D

    „Kamisama…” jak Ci chyba pisałam w poprzednim komentarzu, łyknęłam szybciutko i bardzo mi smakowało. Masz absolutną rację – to klasyka shoujowca, która nawet przez chwilę nie próbuje udawać, że jest czymkolwiek ponad to. I taka szczerość wychodzi jej na dobre – zwłaszcza na tle serii, które silą się na przekonanie nas, że tak naprawdę są wybitnie natchnione, a w ich zakamarkach kryje się sens życia. Co sezon powinien być taki tytuł jak „Kamisama…” – coś, co może nie wywróci świata do góry nogami, ale na 100% będzie od początku do końca sympatyczne i lekkostrawne :)

    O „Tonari…” zdążyłam się już rozpisać u siebie, także powtarzać tego nie będę ;) Masz rację co do spartaczonego zakończenia – trochę taki zabieg, jak w „Sukitte…” – w sensie, że finał, który nic nie zamyka, nie podsumowuje. Taki totalnie random episode. Rozczarowało mnie to, ale finalnie nie zepsuło mojej opinii na tyle, bym odjęła coś z oceny, którą wystawiłam po pierwszych kilku odcinkach :) Zgodzę się też, że bohaterowie drugoplanowi zaczęli pod koniec kraść trochę show głównej parze – ale to nawet ciekawe, zważywszy, że w romansach często takie postaci robią po prostu za tło, które raz na trzy odcinki dostanie jakąś kwestię. A tutaj było inaczej, co liczę tej serii na plus. Osobiście cieszę się ogromnie, że zagościła na naszych ekranach i nie ukrywam, że gdzieś tam po cichutku liczę sobie na kontynuację ;)

    „Chuunibyou…” obejrzałam do końca, ale jakoś mnie ta seria nie przekonała. Na początku liczyłam na typowe KyoAni, czyli dużo wzruszeń i magii, ale kiedy okazało się, że zamiast tego jest absurdalna komedyjka trochę szydząca z wątków magicznych, spodobało mi się. Niestety (przynajmniej dla mnie;)) potem nagle zboczyli w stronę dramatu, czym mnie już nie przekonali. Zbyt skrajne smaki, jak dla mnie, tutaj wymieszano. No i niestety główna bohaterka – ja chyba po prostu nie lubię takich postaci, a dla mnie bohater jest najważniejszy. Prędzej wybaczę nieciekawą fabułę, aniżeli nieprzekonującego mnie bohatera. Tutaj w sumie nie wiem, czemu tak jest – Rikka na pewno jest słodka i urocza, ale jakoś nie zaskarbiła sobie mojej sympatii. I nie przekonał mnie finalnie ten romans. Tego typu bohaterki nie są dla mnie dobrymi materiałami na wątki romantyczne. Także ja bym dała tej serii tak maksymalnie 5/10, z jednym punktem ekstra za naprawdę przecudowną oprawę graficzną.

    • enpitsuu pisze:

      Jak ja kocham twoje komentarze! Wywołują u mnie niesamowity uśmiech na twarzy. ;D <– to tak słowem wstępu. ;P
      Myślę, że długo nie doświadczymy tak "romantycznego" sezonu, który jednocześnie utrzyma w miarę wysoki poziom – sezon jesienny całkiem wysoko poprzeczkę postawił.

      Jeśli chodzi o recenzję 'Sukitte…" to jak odważysz się napisać, chociaż zgadzam się, że słownik synonimów będzie co najmniej konieczny, to zgłaszam się, że przeczytam na 100%! Szczególnie, że w mojej ocenie końcowej sporo opierałam się na naszej rozmowie pod ostatnim postem. ;)

      Cieszę się, że Kamisama ci się podobało. Ja już dawno miałam ochotę na taki romans, ale jak na złość rzadko się one trafiają, mimo że mang shoujo jest hoho i jeszcze trochę. Teraz w sezonie wiosennym szykuje się "Amnesia". Jakoś tytułu gdzie biegł na ekranie harem męski, nigdy nie były dobrymi tytułami, może… w końcu… uda się to zmienić. ;)

      "Tonari…" u ciebie czytałam i ociągam się z komentarzem, ale obiecuję odrobię lekcje. ;) Ja też liczę na kontynuację, gdyż ciekawa jestem losów Natsume <– to tak najbardziej, a także rozwinięcia się postaci Sasayan'a, bo myślę, że mogliby dodać trochę więcej konkretów do jego kreacji. Ogólnie kontynuacja "Tonari…" jak najbardziej na tak, byle pozamykała wątki w serii pierwszej.

      Mnie "Chuunibyo" zdobyło już na początku, faktem, że było śmieszne! Potem do dramatu, który zaczął się rozwijać, podchodziłam bardzo sceptycznie, jednak ostatecznie mnie przekonał. Szczególnie ten odcinek, jak Rikka wraca z Yuutą do niego do domu i siedzą sami. Jakoś przedstawienie zmiany relacji między bohaterami, w tej serii wyjątkowo mi podeszło, chociaż nie umiem do teraz stwierdzić dokładnie z jakiego powodu. Niby Rikka na wielu płaszczyznach przeciętna, Yuuta tym bardziej, ale jakoś im się udało zaskarbić sobie moją sympatię. Odcinek finałowy mógłby być lepszy, ale wychodzą właśnie speciale i mam nadzieję, że może jeszcze coś wniosą do tej serii. ;)

      • Lin pisze:

        To cieszę się w takim razie bardzo, że swoim wodolejstwem sprawiam Ci przyjemność ;)

        Faktem jest, że na pewno rozpoczynające się właśnie produkcje zimowe raczej wielkich romansów nie przyniosą. Ale nie przestaję mieć nadziei, że nadejście wiosny, ulubionej pory zakochanych, zainspiruje Japończyków do wypuszczenia większej ilości tego typu serii :P Jeśli chodzi o mangi shoujo, to ostatnio absolutnie moje serce skradło „Ao Haru Ride” i jeśli mam jakieś życzenie/marzenie co do anime, to żeby właśnie ten tytuł doczekał się ekranizacji ;)

        „Amnesia” rzeczywiście na wielki hit się nie zapowiada – czasem wydaje mi się, że odwrócone haremy mają jeszcze gorszy poziom, niż te klasyczne – w klasycznych mamy co prawda stado idiotek, ale z reguły chociaż główny bohater wzbudza sympatię (podkreślam „z reguły” :>), a w odwróconych coś niepokojąco często to śliczne stadko bizonów, które się do człowieka z ekranu pręży, z niewiadomego powodu lubuje się w jakiejś skrajnie rozlazłej heroinie. Tutaj też mi się trochę na coś takiego to zapowiada – chociaż pierwszy odcinek z ciekawości ściągnęłam i pewnie w weekend sobie na niego zerknę.

        A tak jeszcze a propos Kyoto Animation – będziesz oglądała tej zimy „Tamako Market”? Bo mnie, jak zawsze kreska kusi, oj kusi – bezwzględnie to studio robi najsłodsze i najśliczniejsze grafiki shoujo, jakie można osiągnąć w ramach tego gatunku – ale jeśli chodzi o fabułę, to mam wrażenie, że będzie porażająco głupia i naiwna. I tak w sumie nie wiem, czy w ogóle podejmować tę próbę :P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s